Na przykładzie prezydentów Polski. Tej nowej – popeerelowskiej.
Więc pierwszy – generał Jaruzelski. Podejrzewam, że słuchał tylko marszów (Radeckiego, ewentualnie żałobnych) – jak to tępy, sztywny, komunistyczny wojskowy. Właściwie czego może słuchać zbrodniarz w mundurze?
Wałęsa? Ten to raczej tylko pieśni maryjnych. On znał się na muzie, jak na ekonomii – czyli wcale. 
Kwaśniewski? Do dziś pamiętam jego wygibasy disco polo. Żenujący, tłusty, zapijaczony głupol.
Kaczyński (Lech żeby nie było – ten ździebko mniej gamoniowaty)? Nie  wiem który z tych mutantów tak błyskotliwie rozpierdolił hymn Polski ( i nie poszedł za to siedzieć!) i który to lubił jakis zespół „u dwa” (nie ju tu!)? Pamiętam na początku lat 90, gdy triumfy święcił grandż, pojawiła się kaseta zespołu Narvana. To chyba z tej półeczki kaczorek zdobywał muzykę.
A Komorowski? Ten mondzioł kojarzy mi się z rogami myśliwskimi, zapuszczoną betoniarką u boku (znaczy – żona) i całą tą otoczką myśliwską: psychopaci ze szmalem, flaki niewinnej zwierzyny i mózgi zlasowane nieustannym chlaniem na łowach.
I gdzie w tym momencie jest Vaclav Havel, który stając przed wyborem – już jako prezydent: iść na koncert Rolling Stones , czy witać dyplomatów na lotnisku, oczywiście poszedł na koncert? Gdzie zawiracha Clinton. co to oprócz dymania stażystek i jarania ziela udzielał się na saxofonie?
Gdzie oni są?!