typnegatyvny blog

Twój nowy blog
                                                            Dopadła mnie pierwsza infekcja jakowaś, więc kuruję się, tracąc weekend na bezczynność i łykanie chemii zdrowie przywracającej. Za oknem wczesnojesienna zimota i wiatry. Już ze dwa tygodnie temu widziałem odlatujące gęsi – czyli po lecie definitywnie!
                                                            To lato zresztą też było ledwie zauważalne: lipcopad i sierpiernik.
                                                            Ale to nie przeszkadza (głównie hamerykanom), pieprzyć wciąż o globalnym ociepleniu. Bo tak im wychodzi statystycznie: że gdzieś tam temperatura ogólna nie równa do poziomu. Oderwani od rzeczywistości (następni), miłośnicy tabelek i matematyki, nie zauważają, że klimat ma głęboko w niżu ich obliczenia: tam przygrzeje, tam ochłodzi, tam zawieje, tam przysuszy.
                                                            Ogólnie szaleje już od wieków, co ma znaczenie tylko dla nas ludzi, fauny i flory, bo planeta i tak sobie poradzi, a my dla niej jesteśmy tylko nieistotnym pyłkiem. Gdzieś w kablówce się dowiedziałem, że przynajmniej raz ochłodzenie osiągnęło taki stopień, że ziemia pokryła się śniegiem CAŁA! Od bieguna, do bieguna, razem z równikiem! Sprawę uratowały nadaktywne wulkany, które ów klimat ociepliły – i życie znów powróciło.
                                                            A co do teraz i tych drobnych wahań temperatury: paradoxalnie, może to się zgadzać ze statystyką zielonych! Kiedyś zimy były zimne, a lata gorące (jak na syberii – tyle, że tam zima trwa długo).
                                                            Teraz się wyrównało: lata są zimne, a zimy ciepłe. Przez resztę rocku piździ umiarkowanie.
                                                            A do ekologów: nie wińmy ludzi za niedbałość, ona i tak nie ma znaczenia! Człowiek, wbrew marzeniom postępowców, jest wciąż zbyt mały, by coś zmienić. Jesteśmy tylko pyłem na błękitnym okruchu w otchłani kosmosu.
Od momentu EURO 2012 , ale też już wcześniej, spora część naszego społeczeństwa odwróciła się totalnym tyłem do naszych piłkarzy nożnych ( i poniekąd słusznie – bo to gamonie i łajzy). W zamian usiłowano przekierować entuzjazm kibiców na siatkarzy, którym rzeczywiście dobrze szło – aż do olimpiady, gdzie poszli z torbami.
Jak zresztą reszta olimpijczyków (z małymi, dzielnymi wyjątkami).
Po zwykłych igrzyskach, jak zwykle przyszedł czas na paraolimpiadę, gdzie nasi dla odmiany bryllują w klasyfikacji medalowej. I ta zmęczona beznadzieją sportu publika (podburzana lekko przez media), zaczęła piać z zachwytu nad inwalidami udającymi normalnych ludzi.
Normalny to taki co utrzymuje normę – czyli jest podobny do reszty. Ma ręce, nogi, widzi, słyszy, myśli w miarę składnie, jest hetero, a nie jakimś zbokiem i tak dalej i dalej.
Gdyby większość chodziła bez rąk – to toby było normą, a nienormalni byliby ci z rękoma. Tyle że dość szybko wtedy byśmy wyginęli jako gatunek… Niby oczywiste i logiczne, ale w dzisiejszych, polit-poprawnie durnych czasach słowo normalność też zostało skrzywione.
I zachwycamy się nienormalnymi, którzy w sporcie są jeno nędzną parodią normalnych sportowców.
A jeśli nie są – bo takie wyjątki się zdarzają (ten biegacz, nasza ping – pongistka), to niech się mierzą z normalnymi sportowcami!
A nienormalni, niech dalej udają normalnych, ale powiadam wam: ten „król” jest nagi i upośledzony!
PS          Gdzieś mi się obiło o uszy, że geje, lesby i cała reszta tego porąbanego towarzystwa, też w czas normalnej olimpiady, organizuje swoje igrzyska!!!
Gdzie konia kują, tam żaba (różowa) nogę podstawia…
…czyli rodzaj pseudoczłowieczka przeznaczonego tylko i wyłącznie do tyrania i do liczenia grosików za swoją harówę.
Grosików liczonych oczywiście z szaleńczym zadowoleniem w tępych oczkach.
Wolność u polskiej kurwy wyczynowej, przejawia się zazwyczaj w prostym wyborze: jak jeszcze bardzo się poniżyć i pozbyć człowieczeństwa, by zarobić dodatkowe grosze (czy tam inne centy)? A człowieczeństwo, to chociażby prosty i zwyczajny czas wolny, który można przeznaczyć na przykład na jakieś hobby, lub spotkanie z innymi człowiekami.
Jestem pewny, że większość tych supersamców zaludniających naszą bezsprzecznie piękną krainę robiłaby loda za dodatkową kasę.
Ich kobiety już to robią…
Ale powiedzenie kurwie prosto w twarz, że jest kurwą, grozi z jej strony natychmiastowym wydrapaniem oczu. Dlatego też tylko to piszę. Tak samo, jak nie prowokuję groźnych psów.
Z bydłem nie ma co się szarpać bezpośrednio – to niebezpieczne i bezsensowne.
                                                            Nie wiem, czemu się tak utarło, że ten co siedzi jest lepszy od tego co pracuje ciężko?
                                                            Przecież w PRAWDZIWYM KAPITALIZMIE liczy się ten, co ma i do czegoś doszedł.
                                                            A! wiem! Socjalizm etatystyczny. W tym popierdolonym systemie nie patrzy się na zdolności!
                                                            Patrzy się w papiery i statystyki.
                                                            Stąd tylu magistrów w paszarniach fast fodowych (znaczy – szybkożarnie).
                                                            Ideałem socjalistów jest społeczeństwo wyedukowane w stopniu maxymalnym, w 100 %.
                                                            To kto w takim razie ma kopać rowy?
                                                            I śmiecie wywozić?
                                                            Co pracą jest pożyteczną, wymagającą szacunku i odpowiedniej zapłaty – czyniącą ludzika godnym, pewnym i honorowym.
                                                            To lepiej zostać magistrem bylejakim i byleczego i sprzedawać hamburgery?
                                                            Czy pedagogiczką uczącą znikające dzieci?
                                                            Czy absolwentem innego kierunku, na który legło jak lemingi 100 osób na 1 miejsce i po którym ma się zagwarantowane berzrobocie w 99 % ?
                                                           Zacznę od końca: lubię słuchać dobrego zaśpiewu, z wina lubię tylko piwo, whisky i inne nalewki, brandy i koniaki. Z kart zaś lubię tysiąca. Na tej grze się wychowałem. W starych, szarych, smutnych i nudnych latach schyłkowego pe-er-elu.
                                                            I zapamiętałem jedno: w tysiąca najlepiej się gra w trójkę, zarąbiście zaś w czwórkę, a jak nie ma co – to się gra parami – czyli nudnawo troszkę, ale się gra – bo nie ma innego wyjścia.
                                                            Zupełnie inaczej jest teraz w necie!
                                                            Na niejakim „kurniku”, praktycznie od początku, na tysiące zarejestrowanych, zdecydowana większość chce grać TYLKO parami.
                                                            Jakby nigdy nie widzieli żywych ludzi?
                                                            Co mnie szczerze mówiąc, wkurwia dość mocno za każdym razem, gdy mam ochotę pograć!
                                                            A dziwi jeszcze mocniej…
Nie wiem, jak inni, ale ja już parę razy natknąłem się na takie stare typy, co to z których chuć, libido i śmierdzące starymi fajkami feromony wybijają niczym korek z szampana, za każdym razem, gdy obok takiego znajdą się jakieś młódki. Taki wtedy śmieszy, dokazuje, bajeruje. 
I wkurwia!
Oczywiście szanse na puknięcie ma taki zerowe, ale pcha się niczym stary knur do pustego koryta, przewracając po drodze młode prosiaki.
I najczęściej popisuje się kosztem kogoś młodego, niczym pobudzony z nagła, piejący, łysy, stary kogut nie nadający się już nawet na rosół. 
Że zacytuje tu kapitana Bombę:
„Stare, tępe chuje…”
Na przykładzie prezydentów Polski. Tej nowej – popeerelowskiej.
Więc pierwszy – generał Jaruzelski. Podejrzewam, że słuchał tylko marszów (Radeckiego, ewentualnie żałobnych) – jak to tępy, sztywny, komunistyczny wojskowy. Właściwie czego może słuchać zbrodniarz w mundurze?
Wałęsa? Ten to raczej tylko pieśni maryjnych. On znał się na muzie, jak na ekonomii – czyli wcale. 
Kwaśniewski? Do dziś pamiętam jego wygibasy disco polo. Żenujący, tłusty, zapijaczony głupol.
Kaczyński (Lech żeby nie było – ten ździebko mniej gamoniowaty)? Nie  wiem który z tych mutantów tak błyskotliwie rozpierdolił hymn Polski ( i nie poszedł za to siedzieć!) i który to lubił jakis zespół „u dwa” (nie ju tu!)? Pamiętam na początku lat 90, gdy triumfy święcił grandż, pojawiła się kaseta zespołu Narvana. To chyba z tej półeczki kaczorek zdobywał muzykę.
A Komorowski? Ten mondzioł kojarzy mi się z rogami myśliwskimi, zapuszczoną betoniarką u boku (znaczy – żona) i całą tą otoczką myśliwską: psychopaci ze szmalem, flaki niewinnej zwierzyny i mózgi zlasowane nieustannym chlaniem na łowach.
I gdzie w tym momencie jest Vaclav Havel, który stając przed wyborem – już jako prezydent: iść na koncert Rolling Stones , czy witać dyplomatów na lotnisku, oczywiście poszedł na koncert? Gdzie zawiracha Clinton. co to oprócz dymania stażystek i jarania ziela udzielał się na saxofonie?
Gdzie oni są?!

Siedzą w tej firmie już po lat parę.

                                                            Tak na marginesie i ad hoc : udowodniono, że człowiek nie powinien pracować w jednym miejscu powyżej 5 lat. No chyba, że to fajne naprawdę miejsce, lub jego własny interes.
                                                            Płodozmian w pracy jest jak najbardziej wskazany!
                                                            No więc oni – ci co tam robią niemal od początku, są zadowoleni, że szef IM kupił maszyny, że IM zrobił wygodniej, że to oni mają jednak wolne weekendy.
                                                            Szef ich ma głęboko w dupie.
                                                            Szef chce mieć zysk jak najmniejszym kosztem – po to się na ICH garbie dorobił maszyn. Są drogie, ale się zwracają, zwielokrotniając produkcję.
                                                            Ale oni (ci niby nasi) wspominają tylko, jak wtedy było ciężko, a jak teraz jest fajnie.
                                                            Nie jest.
                                                            I nie będzie, dopóki i my i ci mniejsi oni, nie zdamy sobię sprawy, że nad nami są ci naprawdę groźni ONI.
                                                            I dopóki ich nie wyrżniemy.
                                                            Tak – wyrżniemy!
                                                            Nie – pogadamy, nie – dogadamy, nie – porozumiemy, nie – uświadomimy.
                                                            ICH trzeba wyrżnąć. Po prostu i bez wyrzutów sumienia, bo wbrew pozorom ICH jest mało – reszta to ICH psy.
                                                            Nie zastanawiało was…? Nie – na pewno was nie zastanawiało…
                                                            Chodzi o cukier. Ten zwykły, biały, słodki cukier.
                                                            Otóż od ponad 100 lat ten słodki, prosty surowiec spożywczy jest surowcem STRATEGICZNYM (te wielkie litery nie przypadkowo) na całym cywilizowanym świecie. Nie można go sobie oto tak robić i sprzedawać! Monopol na jego produkcję i ceny ma państwo – a w naszym przypadku potworek o nazwie: Unia Europejska. Wszędzie w tej uniji – a więc także i u NAS (znowu duże nie przypadkiem) cena cukru jest jednakowa (płacimy za kilo tyle co Niemcy!!!), a i ilość do wytworzenia ograniczona limitami.
                                                             Dziwne dosyć.
                                                             Cukier jest podstawowym środkiem spożywczym, dodawanym właściwie do wszystkiego. Przed solą, benzoesanem i glutaminianami sodu.
                                                            Ten sod też mi w sumie podpada – za dużo go wszędzie! Nawet w soli występuje.
                                                            Ale skupmy się na cukrze. On uzależnia . Nie to, żebym o tym wcześniej nie wiedział, nie to, żebym wpadał w jakąś paranoję – na teren każdej cukrowni możźna w sumie bez problemu wejść, ale potrzebujemy słodkiego, a im więcej tego słodkiego potrzebujemy, tym bardziej jeszcze nam się chce.
                                                            I od tego cukru nie można uciec!
                                                            Chyba że w sklepie dla diabetyków.
                                                            A oni jacyś dziwni.
                                                            A my jacyś też dziwni.
                                                            Nie wiadomo, kto dziwniejszy?
                                                            I gdzieś tylko swędzi pod czaszką myśl uporczywa: a może jednak coś tam jeszcze dosypują, jak nikt nie widzi?
                                                                  
                                                            
                                                                        

Czyli jeden z pierwszych postulatów pierwszych socjalistów. Nawet oni potrrafili wymyśleć coś dobrego. Zwykły, porządny podział doby na 3 równe części, przeznaczone – każda na co innego.

                                                             Oprócz tego był odwieczny czas wolny zwany weekendem: szabas dla żydów i niedziela dla chrześcijan.
                                                             Ale nawet to się obecnie omija! 4 zmiany, lub tyranie po pół (a czasem i cały!) dzień, nie ma niedziel, nie ma sobót.
                                                            A prawo, zwykła przyzwoitość?
                                                            Nie ma czegoś takiego!
                                                            Nie ma ludzi – są roboty do roboty.

  • RSS